Forum dyskusyjne

RE: Potrzebuję oceny sytuacji

Autor: nika1111   Data: 2025-12-11, 16:43:07               

Hm...
Dom rodzinny - oboje mieliśmy trudne domy. On przemocowy i bez bezwarunkowej miłości, ja - to nawet trudno określić, bo tu była miłość i to bezwarunkowa, ale było mnóstwo innych problemów. Jedna z terapeutek bardzo trafnie to podsumowała, że się do siebie dopasowaliśmy idealnie i korespondujemy ze sobą deficytami.
Musiałabym opisać tu całą naszą historię, a tego nie chcę robić, bo po pierwsze nikomu na to nie wystarczy zasobów by to przeczytać :) a po drugie stalibyśmy się rozpoznawalni, czego oczywiście bym nie chciała.

Nie jestem odpowiedzialna za jego relację z dziećmi, ale jestem odpowiedzialna za dzieci i ich dobrostan. I lata temu jedna z terapeutek doradzała mi poważnie rozważyć odejście, żeby "mąż nie niszczył poczucia wartości dzieci". Niestety nie odeszłam. Piszę "niestety" ponieważ rzeczywiście dzisiaj dzieci maja swoje problemy z jego właśnie powodu. I za to już jestem odpowiedzialna -bo powinnam była ich na to nie narażać. Ale mleko już się wylało. Dzisiaj też wiem, dlaczego wtedy nie odeszłam. Bo byłam współuzależniona od całej tej sytuacji (i to też wiem z terapii).

Co do jego chęci, to on mi parę jak nie paręnaście razy groził rozwodem. Tyle, że to jest takie gadanie. U niego w domu też tak było - najpierw się nawyzywali, potem wszyscy siadali do obiadu i udawali, że nie było tematu. Nieraz mi mówił, że on chce ze mną być, że mnie kocha, że chce się ze mną zestarzeć, a za chwilę słyszałam to, co opisywałam wcześniej. A potem udawał, że nie było tematu. Z czasem zaczęłam się dostosowywać, taka sinusoida, jak mi złość przeszła i trochę ogarnęłam przykrość, to wracałam "do normalności" no bo trzeba było jakoś funkcjonować.

Ja się domyślam, że on się męczy, no ale sorry, mogło być inaczej. Jak poszliśmy na jedną z terapii, całkiem niedawno, to terapeuta powiedział, że "siadamy i ustalamy warunki funkcjonowania", w sensie podziału obowiązków, bo u nas nawet to właściwie nie funkcjonuje - skończyło się na gadaniu, że tak, oczywiście trzeba to zrobić - i na "trzeba" się kończy.

Nie zgodzę się z tym, że on jest prosty w komunikacji - absolutnie nie jest. Musiałabym Ci powiedzieć co robi zawodowo, ale nie ma możliwości poradzić sobie z tym, co robi, mając prostą komunikację. Musisz mi uwierzyć na słowo. Jego praca wymaga też rozumienia związków przyczynowo - skutkowych, zależności między pewnymi zjawiskami - zwłaszcza jak się pracuje, tak jak on, między innymi nad konstruowaniem strategii postępowania z tymi zjawiskami (i tak, chodzi o zjawiska z zakresu psychologii społecznej).

Napisałaś, że wchodzisz w jego buty próbujesz mi pokazać jego perspektywę, która "ewidentnie mnie przerasta" - tymczasem ja od lat nic innego nie robię, tylko próbuję zrozumieć jego perspektywę, żeby jakoś do niego dotrzeć. I nawet terapeutka mi powiedziała, żebym przestała to robić, bo tłumacząc sobie jego zachowania, że "przecież taki i taki miał dom czy doświadczenia, w związku z czym to trzeba zrozumieć i wybaczyc" - działam przeciwko sobie, bo on robi to, co robi, krzywdząc mnie, a ja go usprawiedliwiam, bo przecież on taki biedny i pokiereszowany. Na boga, przecież on nie jest psem ze schroniska, który gryzie, bo nie rozumie, że próbuje się mu pomóc. To jest dorosły człowiek, który 30 lat temu wyszedł z domu rodzinnego ("pozdrowiony" przez ojca słowami "jak ci się nie podoba to wypier.....j") i miał te 30 lat na to, żeby ogarnąć swoje deficyty przynajmniej na tyle, żeby dało się na tym budować relację z drugą osobą.

Powiedz mi Mimbla - a gdyby, hipotetycznie, mój mąz niszczył mnie psychicznie, to też powinnam się zastanawiać, co ze mną nie tak? No bo do tego trochę się to sprowadza...
Dlaczego nie spojrzysz na to też z mojej perspektywy, skoro to ja piszę tu i pytam co z tym wszystkim zrobić?

Wiesz gdzie mój mąż jest prosty językowo? W kontakcie z najbliższymi. Wobec obcych jest inteligentnym, mega elokwentnym gościem, występującym publicznie, mającym setki, jak nie tysiące relacji zawodowych, prowadzącym szkolenia - nie zgadniesz - z relacji biznesowych i - uwaga - również z wywierania wpływu.
I co Ty na to?

Mój mąż nie jest biednym poranionym człowiekiem którego żona tłamsi. Mój mąż odtwarza w naszej relacji swój dom rodzinny, gdzie najbliżsi byli od kopania i budowania sobie ich kosztem poczucia własnej wartości, a obcy od budowania sobie odpowiedniego wizerunku...
Tak, to ten przypadek - "jacy oni szczęśliwi, ogarnięci, tyle lat razem, dom, dzieci, dobre życie". "Nie pije, nie bije, to o co ci chodzi kobieto..."

Ja nie twierdzę, że on chce źle. Wręcz przeciwnie, wierzę, że chce dobrze. On sam tak twierdzi. Tyle, że żeby z kimś budować świadomie relację trzeba tylko i aż słuchać czasami tej drugiej osoby.

Polecam zresztą podcasty Piotra Mosaka - na temat relacji właśnie i roli skutecznej komunikacji. I co jest wg niego najważniejsze.

Widzisz, pojawia się kolejne tło całej tej histori... Może jednak nie jest tak, że mój mąż jest taki prosty i biedny ze mną, która go przerasta poziomem i osacza... Ja raczej nie mogę się pozbyć wrażenia, że on faktycznie ma dosyć, ale na zagłębienie się w temat nie tyle nie ma umiejętności, ale ochoty i walczy zwyczajnie o święty spokój...

Tak, ja wiem, ze to tylko forum i Ty i pewnie nikt na tym wątku nie jest terapeutą, ale i tak warto też spojrzeć głębiej. Wiesz czego między innymi nauczyłam się w terapii? Że jak chcesz coś wiedzieć - pytaj, to Ci otworzy nową perspektywę, zanim coś ocenisz.

Odpowiedz


Sortuj:     Pokaż treść wszystkich wpisów w wątku